Sierpień 31, 2020 Maciej Świrski

Rozważania wrześniowe

TYLKO W OPARCIU O KRZYŻ MOŻNA SIĘ SPRZECIWIĆ KŁAMSTWU

 5 listopada 1943 roku zmarł w drodze do KL Dachau, w miejscowości Hof, po skatowaniu przez gestapowców, ks. Bernhard Lichtenberg, proboszcz berlińskiej parafii Św. Jadwigi. Jest dzisiaj błogosławionym Kościoła Katolickiego. Odznaczony też został przez Yad Vashem jako „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”.

 

Ksiądz Lichtenberg sprzeciwiał się reżimowi, ukrywał zbiegów przed gestapo, ukrywał także Żydów. Głosił kazania, w których potępiał hitleryzm i odprawiał publiczne modlitwy za prześladowanych. Wszystko to spowodowało jego aresztowanie, skazanie na więzienie, pobicia w tym więzieniu,
w końcu deportację do Dachau. Ale ponieważ nie umarł w kacecie, gdzie zapewne spalono by go
w krematorium, lecz w miejskim szpitalu w Hof – wydano jego ciało biskupowi Berlina i na pogrzebie 16 listopada 1943 roku były tłumy. Ten pogrzeb był manifestacją. Ciało męczennika pochowano
w krypcie kościoła Św. Jadwigi.

Dwa dni później, w nocy z 18 na 19 listopada, nad Berlin nadleciały 440 Lanacastery RAF – to był pierwszy nalot z całej serii nazwanej „Bitwą o Berlin”. Katedra Św. Jadwigi już była spalona podczas nalotu 1 marca 1943, lecz teraz i w późniejszym nalocie z 22 listopada 1943 spalono dzielnicę Charlottenburg, gdzie Lichtenberg był wcześniej proboszczem, bomby spadły także na Unter den Linden, niedaleko katedry Św. Jadwigi.

Ksiądz Lichtenberg był Dobrym Niemcem. Na jego pogrzeb przyszły wielotysięczne tłumy. Te same tłumy kilka dni później umierały pod brytyjskimi bombami, a rok wcześniej ich krewni, synowie, ojcowie, bracia zostali zamknięci w kotle stalingradzkim. Wojna już była przegrana, a Niemcy mimo wszystko bronili się i – jak na przykład pisze w swoich pamiętnikach Albert Speer – do końca wojny (za wyjątkiem ostatnich dwóch-trzech miesięcy) produkcja przemysłowa cały czas rosła, pomimo dywanowych nalotów i strat frontowych.

I teraz gdy patrzymy na tę historię – na tego dobrego Niemca, zakatowanego przez gestapo, na dywanowe naloty zarządzone przez brytyjskiego marszałka Artura Harrisa, na biskupa Berlina Konrada von Preysinga chowającego swojego kapłana, na tych ludzi , którzy przyszli na pogrzeb i na tych Anglików, którzy przylecieli, żeby ich wszystkich pozabijać – widzimy, że ta historia o „dobrym Niemcu” nie może być wyizolowana, oddzielona od całości historii, w której wirze wszyscy się znaleźliśmy – i my Polacy, i Żydzi, i Niemcy, i Anglicy, i wszyscy walczący w II wojnie światowej.

Bo okres, o którym mowa był diabelskim spiętrzeniem wydarzeń, które zapisują się w historii zmagań dobra ze złem. I opętanie Niemców przez ideologię wywyższającą ich ponad wszystko jest właśnie fragmentem tych zmagań.

Victor Klemperer w swojej fundamentalnej książce „LTI. Lingua Tertii Imperii” (Język Trzeciej Rzeszy) napisał, że hitleryzm wykorzystał romantyzm młodych Niemców, pochodzącą jeszcze z czasów romantyków niemieckich i wojen napoleońskich początku XIX wieku chęć złożenia ofiary za naród. Ten mistycyzm romantycznej ofiary został, według Klemperera, wykorzystany przez goebelsowską propagandę i to ten właśnie mistycyzm ofiary utrzymywał Niemców w gotowości do walki i w walce przez te wszystkie lata, gdy dla każdego myślącego Niemca było jasne, że wojna jest przegrana.

I jeśli dobry Niemiec ks. Bernhard Lichtenberg modlił się za ofiary terroru i za Żydów, i ukrywał Żydów, to znaczy, że jego myślenie było szersze niż tylko romantyczno-patriotyczne, z ubóstwieniem niemczyzny. Jego chrześcijańska postawa sprzeciwu wobec zła stała się zaprzeczeniem niemieckiej mitologii narodowej. Tymczasem dla jego parafian – trwanie w bombardowanym Berlinie, utrzymywanie tego państwa w działaniu, a dla żołnierzy na froncie – walka i wypełnianie rozkazów, a dla esesmanów i Einsatzgruppen – mordowanie Żydów, Polaków i Rosjan – to było przypuszczalnie wypełnianie tego niemieckiego mitu romantycznego o poświęceniu i posłuszeństwie.

Mordowanie w komorach gazowych jest wypełnianiem mitu posłuszeństwa i obowiązku poświęcenia się dla ojczyzny? Wstrząsające, ale chyba prawdziwe, skoro wiadomo z przekazów Eichmanna, że Himmler był głęboko zatroskany zdrowiem psychicznym morderców z Treblinki i Bełżca, i „podziwiał ich poświęcenie”.

Nie bez powodu Niemcy współcześni chcą się „podzielić odpowiedzialnością” za zbrodnie swoich ojców i dziadów. Nie bez powodu kłamią i fałszują historię, przerzucając na Polaków odpowiedzialność za Holokaust, choćby poprzez sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”. I nie bez powodu zrobili tak wiele, aby oderwać słowo „nazi” od słowa „Germany”. Nie bez powodu główny koryfeusz „polskiej winy” pracuje dla niemieckiej fundacji, bo dla jego kolegów w Polsce stał się już zbyt radykalny.

Otóż jeżeli uznamy, że istnieje coś takiego jak charakter narodowy, z którym nieodłącznie związana jest narodowa mitologia – a w przypadku Niemców będzie to właśnie służba ojczyźnie i ofiara na ołtarzu narodu, wraz z poczuciem misji cywilizacyjnej i wyższości, a to wszystko scalone kultem dyscypliny i posłuszeństwa  – to wszystkie potworności II wojny światowej wywołane w imię tego narodu i przez ten naród dokonane, muszą godzić wprost w poczucie sensu istnienia tego narodu, sensu bycia Niemcem. Nie można przecież utrzymać się przy zdrowych zmysłach akceptując swoją tradycję i równocześnie patrząc ze spokojem na piece krematoryjne i komory gazowe, a choćby „tylko” na zdjęcia pomordowanych na warszawskiej Woli. Nie można, jeśli się ma sumienie. A sumienie jest głosem transcendencji. Łatwiej po prostu odwrócić wzrok. Albo uciszyć, zagadać lub unieważnić sumienie. Zamglić lub przykryć zasłoną to lustro, jakim ono jest. Wygodniej podzielić się swoja winą, bo przecież inni też popełniali błędy, brali udział w zbrodniach. A jeszcze lepiej przerzucić swoje winy na kogoś innego, kto nie bardzo może się bronić, kto jest mało zrozumiany, kto jest „nie nasz”. Zatem narody Europy, które tworzyły własne oddziały SS czy własnymi siłami wyłapywały Żydów mogą spać spokojnie. Ale nie Polacy.

Bo w Niemczech jest długa tradycja patrzenia na Polaków jak na naród „mniej wartościowy”, na tych „Irokezów Europy” – jak nas nazywał Fryderyk Wielki w XVIII stuleciu. Dlatego ostrze propagandy współczesnych Niemiec poszło w tę stronę – naziści już nie są Niemcami, za kilka lat będą może Polakami, którzy i tak zasłużyli na to, co ich czeka. Niemiecki „Ordnung” przeciwstawiony „polnische Wirtschaft”. Ten sam Ordnung, który sprawił, że zdyscyplinowani Niemcy, otrzymawszy nakaz izolowania Żydów, wykonywali go tak skrupulatnie, że nie potrzeba było wprowadzać kar za jego nieprzestrzeganie. Odwrotnie niż Polacy, którzy go nie przestrzegali i nadal kontaktowali się, handlowali i pomagali żydowskim sąsiadom pomimo coraz ostrzejszych restrykcji niemieckich, aż do wprowadzenia kary śmierci za każdy kontakt z Żydem, a nawet za brak donosu na takowy. Kary śmierci dla „winowajcy” i całej jego rodziny. A nawet i wtedy byli tacy, którzy pomagali, ukrywali, ratowali…

Niemcy wciąż tak samo dumni są ze swej dyscypliny, a niebawem swoje straty w II wojnie światowej będą czcić jako cześć niemieckiej mitologii romantycznej ofiary. „Nasze matki, nasi ojcowie” – to już się dzieje. I polska niezgoda na to, żeby Niemcy w Polsce reprezentował człowiek, którego ojciec w bunkrze  Hitlera wraz z nim trwał do końca jest z tego punktu widzenia kompletnie niezrozumiała. Czego ci Polacy chcą?

Żeby to wszystko było możliwe, żeby Niemcy mogli spać spokojnie przerzuciwszy swoje winy na Polaków, trzeba Polaków odpolszczyć. Nie mogą być zakorzenieni w swojej mitologii i nie mogą być katolikami – bo przykład błogosławionego księdza Lichtenberga pokazuje, że tylko w oparciu o Krzyż można się sprzeciwić kłamstwu.

Nie dadzą rady.  Już byli tacy co próbowali.

Maciej Świrski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.