Żądamy wyjaśnień od Uniwersytetu Comillas w Hiszpanii

Maj 31, 2017

O sprawie dwóch polskich studentek, które sprzeciwiły się fałszowaniu historii na Uniwersytecie Comillas w Hiszpanii dowiedzieliśmy się kilka dni temu. W opinii dziewcząt, hiszpańska uczelnia prowadzi proniemiecką politykę historyczną, a podczas wykładów niektórzy profesorowie przekazują wiele nieścisłości i zakłamań historycznych.

Poniżej przedstawiamy list, jaki skierowaliśmy do władz uczelni z prośbą o wyjaśnienia w tej sprawie.

Do przedstawicieli Papieskiego Uniwersytetu Comillas w Madrycie,

Piszemy do Państwa, aby wyrazić swoje głębokie zaniepokojenie i swój sprzeciw w związku z rewizjonizmem historycznym reprezentowanym przez Papieski Uniwersytet Comillas w Madrycie. Głos naszych rodaczek – Pani Katarzyny Barbary Wieszczek oraz Pani Magdaleny Ewy Wieszczek – nie może pozostać bez reakcji.

Rozumiemy, że instytucje edukacyjne mają prawo do wolności opinii, ale nie pozwolimy im mieć prawa do wolności fałszu. Pośród szeregu przykładów ignorancji pracowników naukowych znajduje się:

  • stawianie II Rzeczypospolitej Polskiej w jednej linii z krajami faszystowskimi
  • nazywanie Nazistowskich Niemiec oraz częściowo kolaborującej z nimi Francji najbardziej zniszczonymi krajami na skutek Drugiej Wojny Światowej
  • traktowanie Niemców z najwyższym współczuciem i nazywanie ich bohaterami wojennymi
  • wybielanie niemieckich zbrodni i morderczej ideologii

Wzywamy do ponownego rozpatrzenia wszystkich listów wysłanych w tej sprawie przez Panią Katarzynę Barbarę Wieszczek oraz Panią Magdalenę Ewę Wieszczek, które dogłębnie opisały zjawisko prezentowania historii poprzez wygodne informacje niepoparte rzeczowymi dowodami oraz unikanie tych informacji, które mogłyby rzucić cień na kryształową germańską powierzchnię.

Wzywamy do odniesienia się do owych listów i przygotowania oficjalnego stanowiska wyjaśniającego rewizjonistyczną politykę Papieskiego Uniwersytetu Comillas.

Z poważaniem

List poparcia w sprawie stanowiska rządu Rzeczypospolitej w sprawie relokacji imigrantów z krajów Europy Zachodniej

Maj 27, 2017

Wstęp

Komisja Europejska domaga się od rządu Rzeczypospolitej zgody na przymusową relokację imigrantów z krajów Europy zachodniej do Polski, wbrew opozycji niemal 75% społeczeństwa polskiego.

Kanclerz Niemiec, która spowodowała kryzys migracyjny w Europie odpowiadając „polityką otwartych drzwi” na fale „uchodźców” w 2015 roku, domaga się obecnie od krajów członkowskich Unii przyjęcia armii zaproszonych przez nią gości do siebie. W obliczu brutalnych ataków terrorystycznych w miastach Europy, wielopokoleniowego braku integracji mniejszości z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, oraz niechęci społeczeństwa europejskiego do jej wzrostu, Komisja Europejska próbuje wymusić relokację migrantów do państw członkowskich, w tym do Polski – wbrew polityce polskiego rządu i woli przytłaczającej większości Polaków.

Bezprecedensowe naciski instytucji europejskich na rząd Rzeczypospolitej, szantażowanie sankcjami i straszenie odebraniem funduszy unijnych w przypadku odmowy, są całkowicie sprzeczne z traktatami, które Polska podpisała wstępując do Unii Europejskiej. Jest to przecież związek suwerennych i demokratycznych krajów członkowskich.

Antydemokratyczne działania Unii Europejskiej pogłębiają kryzys zaufania do unijnej elity rządzącej i utwierdzają świat w przekonaniu o lekceważeniu woli wyborców i bezpieczeństwa państw członkowskich. Są to dokładnie te kwestie, które już doprowadziły do osłabienia Unii sprowokowaniem votum nieufności obywateli Wielkiej Brytanii.

Retoryka i ton żądań stawianych Polsce jest dodatkowo obraźliwa: kraj, który po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku przyjął dziesiątki tysięcy imigrantów wietnamskich wyproszonych z Niemiec Wschodnich, w którym schronienie znaleźli muzułmańscy uchodźcy z wojen w Czeczenii i gdzie zamieszkało prawie dwa miliony Ukraińców uciekających przed inwazją rosyjską jest nie tylko straszony sankcjami, ale oskarżany o brak współczucia dla imigrantów i o ksenofobię.

Spadkobiercy wielonarodowościowej i wielowyznaniowej Rzeczypospolitej dobrowolnie otworzyli granice swojego kraju dla wielokrotnie większej liczby uciekinierów niż żąda teraz Unia Europejska. Polacy nie odmawiają udzielania pomocy: nauczeni historią, wspierają mieszkańców krajów dotkniętych wojną. Jednocześnie Polska jako kraj suwerenny ma prawo nie zgodzić się na program przymusowej relokacji imigrantów narzucanych decyzją państw trzecich, wbrew woli obywateli.

Szantaż Komisji Europejskiej nie może stać się językiem dyplomacji unijnej, a Bruksela nie może uzurpować sobie praw demokratycznie wybieranych rządów wolnych państw członkowskich.

Z tych właśnie powodów napisałem ten list otwarty, aby sprawujący władzę odczuli poparcie dla swoich działań w tej żywotnej dla przyszłości Polski sprawie

List można poprzeć klikając w link „Popieram”. Nastąpi wtedy przeniesienie na stronę CitizenGo gdzie można wpisać swój email, co będzie wyrazem poparcia dla treści listu. List wraz z podpisami będzie dostarczony do Pni Premier Beaty Szydło.

List

Są takie chwile w dziejach narodów i państw, gdy jasno widać, że los całej zbiorowości, wspólnoty politycznej zależy od decyzji konkretnych osób.

Decyzji podjętych w konkretnym momencie.

Decyzji, które determinują nie tylko najbliższą przyszłość, ale także następne dziesięciolecia.

W dziejach Polski były już takie momenty – w czasach odległych decyzja Mieszka o chrzcie Polski, decyzja panów małopolskich o unii personalnej z Litwą, a w czasach nam bliższych – w latach 80 – decyzja konkretnych osób z kręgów opozycyjnych o przystąpieniu do rozmów z komunistami, czego owocem jest taka a nie inna forma transformacji po 1989 roku.

Wszystko wskazuje, że zbliżamy się do podobnego momentu dziejowego.

Komisja Europejska (a w istocie Niemcy) żąda od rządu polskiego zgody na przymusową relokację imigrantów do Polski.

Te bezprecedensowe naciski instytucji europejskich na rząd Rzeczypospolitej, szantażowanie sankcjami, odebraniem funduszy w przypadku odmowy, są całkowicie sprzeczne z traktatami, które Polska podpisała wstępując do organizacji międzynarodowej jaką jest Unia Europejska. Równocześnie w Polsce tzw. opozycja totalna prowadzi akcję polityczną wspierającą te naciski.

Ewentualna zgoda rządu RP na przymusową relokację imigrantów będzie zgodą na zmianę struktury ludnościowej Polski na najbliższe dziesięciolecia, a w istocie na zawsze. Będzie to zgoda na likwidację dotychczasowego polskiego stylu życia na rzecz zupełnie nieprzewidywalnych i obcych nam wymagań „multikulturalizmu”. I wreszcie – będzie to także zgoda na sprowadzenie powszechnego niebezpieczeństwa ataków terrorystycznych na mieszkańców Polski.

Istnieje niezaprzeczalny związek pomiędzy muzułmańskimi imigrantami osiedlającymi się w Europie a aktami terroru jakie mają miejsce w różnych krajach Europy – tak było we Francji, gdy zginęły Polki, w Niemczech, gdy zginął polski kierowca. Radykalizacja ludności muzułmańskiej następuje także w kolejnych pokoleniach, czego dowodem jest ostatni zamach w Manchesterze (gdzie także zginęli Polacy) i poprzednie we Francji i Anglii. Sprowadzony przez Niemcy na Europę kryzys migracyjny dał efekt w postaci wielu aktów terroru, lecz co więcej – jest to kryzys zaufania do europejskiej elity rządzącej, która zaślepiona ideologicznie nie jest w stanie zdiagnozować źródeł problemu, który sama spowodowała. Ideologia politycznej poprawności, którą wyznają, odbiera tym ludziom narzędzia diagnostyczne umożliwiające prawidłową reakcję na zagrożenie.

Zamiast tego wzywających do opamiętania oskarża się o ksenofobię i zamyka usta cenzurą w mediach. Co więcej – to właśnie środowiska, które popierają „otwarcie granic” dla niekontrolowanej imigracji oskarżające przeciwników o ksenofobię i faszyzm są obiektem szczególnej nienawiści radykałów islamskich. Ten paradoks jasno pokazuje, że mamy w Europie do czynienia juz nie tylko z masowym brakiem rozsądku ale zanikiem logicznego myślenia.

Tymczasem poparcie działań polskiego rządu to nie ksenofobia lecz wynik logicznego wnioskowania – skoro istnieje korelacja pomiędzy ilością zamachów a liczbą imigrantów, skoro zwiększenie liczby imigrantów islamskich w Europie daje efekt w postaci braku kontroli nad całymi miastami, a bezpieczeństwo obywateli – zwłaszcza kobiet – drastycznie spada, to oczywistym jest dla każdego nie zaślepionego polityczną poprawnością, że ewentualna relokacja imigrantów do krajów takich jak Polska jest sprowadzeniem na obywateli tych krajów niebezpieczeństwa utraty życia w zamachu lub też zagrożenia innymi aktami przemocy, także przemocy kulturowej, doprowadzającej do lęku przed wyrażaniem swojej wiary czy poglądów.

Polska ma już za sobą doświadczenie kontaktów z agresywnym islamem – to na Polakach spoczął obowiązek bronienia Europy przed islamizacją w wieku XVII.

Polacy mają także doświadczenie współżycia w jednym, wspólnym państwie z innymi narodami – Rusinami (dziś byśmy ich nazwali Białorusinami i Ukraińcami), Litwinami, Żydami (dla których Polska była krajem schronienia przez wiele stuleci), Ormianami, także Niemcami.

W polskiej tradycji, dzięki 400 letniej Unii polsko-litewskiej jest silnie zakorzeniona wielokulturowość, której częścią są także polscy Tatarzy, muzułmanie – wierni synowie Ojczyzny.

Polacy nie są ksenofobami ani też nie odnoszą się do innych narodów wrogo – najlepszym dowodem jest to, że po niesłychanych dziejowych krzywdach wyrządzonych Polakom przez Niemców, Rosjan i Ukraińców, odnoszą się do przedstawicieli tych narodów przyjaźnie.

Jednakże Polacy – a Polakiem jest każdy, kto przyznaje się do polskiego kodu kulturowego – przywiązani są do swojej tradycji i nie pozwolą, aby w imię ideologicznego zaślepienia europejskie elity zmieniły polski styl życia i polską przyszłość poprzez przymusową relokację imigrantów.

Dlatego nie zgadzam się na relokację, popieram opór przeciwko szantażowi Komisji Europejskiej, popieram działania polskiego rządu w tej sprawie.

Od niezgody na żądania Komisji Europejskiej (a w istocie Niemiec) zależy los polskich przyszłych pokoleń – czy my sami, nasze dzieci i wnuki, polskie kobiety, będziemy żyć w bezpieczeństwie i polskiej tradycji poszanowania wolności i tolerancji, czy też na naszych ulicach będzie rządziły przemoc, szariat i zabobon.

Raz rozpoczętego procesu islamizacji, poprzez wpuszczenie imigrantów, nie da się zatrzymać, a multikulturalizm w wydaniu unijnym jest iluzją, czego dowodem są wydarzenia we Francji.

Wzywam wszystkich rozsądnie i logicznie myślących do wsparcia Rządu RP w tej sprawie.

Niech rząd Pani Beaty Szydło wie, że w sprawie utrzymania ciągłości polskiej tożsamości kulturowej ma mocne poparcie obywateli i ma silny mandat do odpowiedzenia NIE na żądania Komisji Europejskiej w sprawie przymusowej relokacji imigrantów do Polski!

Maciej Świrski

Założyciel Reduty Dobrego Imienia

Warszawa, 27.05.2017

Kliknij tu aby poprzeć

 

„Nasze Matki, nasi Ojcowie” – sąd oddalił zażalenie ZDF

Maj 26, 2017

Sąd Apelacyjny w Krakowie ostatecznie oddalił zażalenie pełnomocników ZDF, producentów serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie”, którzy sugerowali, że proces nie może toczyć się w Polsce przed polskim sądem.

Pełnomocnicy strony pozwanej tj. niemieckiej telewizji oraz producenta serialu tłumaczyli, że proces nie może toczyć się w Polsce, przed polskim sądem i według polskiej procedury, ponieważ trailery serialu były przygotowane po niemiecku, zaś producenci serialu nie mogli przewidzieć polskiej jurysdykcji. Jednym z argumentów była również teza, że przed polskim sądem można wytoczyć proces o przeprosiny, ale jedynie w polskiej telewizji, a nie – jak chciał powód (kpt. Radłowski) – we wszystkich telewizjach, gdzie emitowany był serial.

16 maja br. sąd ostatecznie nie podzielił tej argumentacji, wskazując m.in., że skoro proces główny toczy się w Polsce, to sąd polski jest właściwy do orzekania w zakresie opublikowania przeprosin również poza granicami Polski. Taka teza – zdaniem sądu apelacyjnego – wynika nie tylko z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, z rozporządzenia unijnego, ale również ze zdrowego rozsądku, który nakazuje by nie tworzyć dodatkowych procesów. Zdaniem sądu fakt, że trailer serialu umieszczony w internecie jest w języku niemieckim także nie ma znaczenia. Polskie społeczeństwo jest wystarczająco wykształcone i wielu naszych obywateli zna język niemiecki.

– Jest to jasny sygnał dla mediów zagranicznych, że będziemy żądali przeprosin w ich mediach, nawet za pośrednictwem sądu, za każde kłamstwo oświęcimskie, teksty przedstawiające Polaków jako morderców lub inspiratorów II wojny światowej, bądź też za filmy znieważające Polaków – mówi Urszula Wójcik, rzecznik prasowy Reduty Dobrego Imienia.

Proces przeciwko producentom serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie” wytoczył kpt. Zbigniew Radłowski, żołnierz AK i Światowy Związek Żołnierzy AK. Reduta Dobrego Imienia aktywnie uczestniczy w procesie zapewniając opiekę prawną pozywającym.

Złożyliśmy pozew w sprawie cywilnej wobec hiszpańskiego elpais.com

Maj 25, 2017

Z inicjatywy Reduty Dobrego Imienia, 24 maja br, Maciej Świrski skierował do Sądu Okręgowego w Warszawie pozew cywilny przeciwko hiszpańskiemu dziennikowi El Pais. Pozew dotyczy naruszenia dóbr osobistych i nakazuje przeproszenie pozwanego na stronie internetowej elpais.com.

W marcu br. na stronie internetowej El Pais, największego hiszpańskiego dziennika, pojawił się artykuł „Polonia reescribe su historia de la Il Guerra Mundial”, z którego wynika, że Polacy są odpowiedzialni nie tylko za Holokaust, ale również za „pogromy Żydów” czy też „polowania na Żydów”. Autor artykułu w swoich wypowiedziach powołuje się m.in. na Jana Grabowskiego i Jana Tomasza Grossa.

W hiszpańskim tekście pojawiły się konkretne tezy, o których sprostowanie Reduta Dobrego Imienia prosiła wydawnictwo w piśmie datowanym na 12 kwietnia (poniżej tłumaczenie fragmentów artykułu El Pais):

  1. 9000 strażników z Auschwitz, prawie samych Niemców, co wzbudza wątpliwości wśród historyków
  2. Polska od lat stawia czoła temu dylematowi: była ona jednym z krajów, które najbardziej ucierpiały podczas drugiej wojny światowej, ale jednocześnie, w czasie trwania konfliktu, obywatele polscy dopuszczali się na Żydach okrutnych czynów
  3. Opowiada również o tak zwanych Judenjagd, inaczej polowaniach na Żydów, w których udział brali niemal zawsze Polacy, od strażaków po wieśniaków. Według Grabowskiego, zamordowano w ten sposób ponad 200 000 Żydów.
  4. W Polsce było bardzo mało współczucia dla Żydów, którzy byli masowo mordowani, a ludzie, którzy zaryzykowali ich ukrywanie, narażali się przede wszystkim na możliwy donos ze strony swoich sąsiadów

Wydawca portalu do chwili obecnej nie zareagował na pismo.

– Ten artykuł został bardzo negatywnie odczytany przez polskie społeczeństwo, wywołał oburzenie. Polacy ratowali Żydów, często narażając własne rodziny, a informacje przytaczane w tekście nie są potwierdzone faktami. Jestem z wykształcenia historykiem i nie zgadzam się na tego typu kłamstwa o Polsce i Polakach – mówi Maciej Świrski, założyciel Reduty, który jest powodem w niniejszej sprawie.

Bez wątpienia jest to sprawa precedensowa. Do tej pory w Polsce były rozpoznawane pozwy o tzw. „polskie obozy koncentracyjne”, jednak tekst El Pais idzie dalej – mowa tu o aktywnym udziale Polaków w morderstwach Żydów podczas II wojny światowej. Tego typu komentarze wprowadzają w błąd ludzi, którzy słabo znają historię Polski lub też w ogóle jej nie znają.

– Uważam, że mówienie o winie Polaków i ich odpowiedzialności za II wojnę światową, jest naruszeniem dobra osobistego nie tylko mojego, ale każdego Polaka. Takie tezy przedstawiają bowiem każdego Polaka jako potomka morderców – a na to naszej zgody być nie może – dodaje Świrski.

W pozwie jest wniosek o przeprosiny i sprostowanie informacji przedstawionych w tekście. Jednak w zależności od odpowiedzi dziennika prawnicy zanalizują sytuację pod kątem ewentualnego zadośćuczynienia. Wówczas jednak konieczne będzie opłacenie wpisu sądowego, który wyniesie 5% od wnioskowanego zadośćuczynienia. Proces będzie toczył się w Polsce.

– W tej chwili można pozywać dzienniki, zwłaszcza te wydawane w wersji elektronicznej, przed polskimi sądami. Oznacza to, że polski sąd rozpozna sprawę w Warszawie i według polskiego porządku prawnego. Nawet jeśli druga strona będzie chciała powołać świadków – np. Hiszpanów – to w świetle Rozporządzenia Rady (WE) 1206/2001 – a konkretnie art. 17 – istnieje nie tylko możliwość telekonferencji, ale nawet wyjazdu polskiego sądu (polskiego sędziego) do Hiszpanii i zadawania tam – na miejscu pytań do świadków lub stron. Nie ma więc dziś absolutnie żadnych przeszkód by rozpoznawać to według naszego porządku prawnego – mówi mec. Monika Brzozowska–Pasieka, reprezentująca Macieja Świrskiego.

Reduta Dobrego Imienia wspiera prawnie Macieja Świrskiego, który występuje przeciwko elpais.com. Maciej Świrski jest fundatorem Reduty, przez kilka lat sprawował funkcję prezesa. Sprawę prowadzi mec. Monika Brzozowska-Pasieka i Jerzy Pasieka z kancelarii Pasieka, Derlikowski, Brzozowska i Partnerzy z Krakowa.

Będziemy informować o postępach.

Zdaniem Prokuratury „żołnierze wyklęci” to nie Naród Polski!

Maj 22, 2017

31 stycznia br. złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z funkcjonowaniem strony internetowej https://zolnierzeprzekleci.wordpress.com i publikowanymi tam postami. Zwracaliśmy uwagę na kłamliwe informacje na temat „żołnierzy wyklętych” oraz ich działalności w czasie II wojny światowej.

28 kwietnia Prokurator Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście Ireneusz Szeląg odmówił wszczęcia postępowania. Prokurator o takim nazwisku prowadził też w swoim czasie śledztwo smoleńskie.

Zdaniem Prokuratora strona „Żołnierze Przeklęci” nie znieważa Narodu Polskiego a przestępstwo z paragrafu 133 kk Kto publicznie znieważa Naród lub Rzeczpospolitą Polską, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3., na który się powoływaliśmy, nie występuje. Strona internetowa demonstracyjnie wyraża lekceważenie, a to „znieważeniem” nie jest. Dodatkowo Naród to ogół obywateli RP, a zgodnie z preambułą Konstytucji pojęcie to powinno zostać odniesione do wszystkich obywateli. Dlatego w uzasadnieniu czytamy, że wypowiedzi na stronie internetowej nie dotyczą Narodu Polskiego, a jedynie konkretnej grupy Polaków, części żołnierzy walczących w czasie II wojny światowej. Jako potwierdzenie przywołany został komentarz z roku 1989, a w szczególności artykuł Znieważanie Narodu Polskiego, Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ustroju państwa oraz jego naczelnych organów oraz pochwalanie faszyzmu autorstwa W. Kuleszy i Igora Andrejewa. Andrejew oprócz tego, że pisał podręczniki akademickie był także stalinowskim sędzią i to on zatwierdził wyrok na Generała „Nila” Augusta Fieldorfa Był autorem stalinowskiego podręcznika „Prawo karne PRL” z 1954 roku. I na artykuł takiego człowieka powołuje się Prokurator Szeląg w takiej sprawie!

Prokurator stwierdził, że pod adresem https://zolnierzeprzekleci.wordpress.com znajdują się informacje niekorzystne dla „żołnierzy wyklętych”, ale treści te nie są znieważające. Stanowią jedynie krytykę działań polskich żołnierzy, w niektórych przypadkach bardzo mocną, jednak nie znieważającą. Odwołał się także do demokratycznej zasady wolności słowa i swobody wyrażania opinii, podpierając się wypowiedziami Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz Trybunału Konstytucyjnego. I tak, wolność słowa w tym wypadku nie może być ograniczana ponieważ dobre imię „żołnierzy wyklętych” nie jest donioślejszą wartością społeczną.

Wypowiedzi na podawanej przez nas do prokuratury stronie internetowej, w opinii prokuratora Ireneusza Szeląga, są więc dozwoloną krytyką uzasadnioną swobodą wypowiedzi oraz wyrażania swoich odczuć. Jest to skandalem w kontekście powoływania się przez tego prokuratora na artykuł stalinowskiego zbrodniarza po to, aby odmówić wszczęcia postępowania. Jest to ilustracja stanu niektórych przynajmniej obszarów polskiego wymiaru sprawiedliwości. Sprawa jest bulwersująca i wydaje się, że stanowisko powinien zająć Prokurator Generalny.

Reduta złożyła zażalenie na postanowienie prokuratora Szeląga.

Wzywamy do korekty podręcznika do historii!

Maj 19, 2017

W związku z informacją, że w podręczniku do historii w Niemczech, w Bawarii, znajduje się określenie „polski obóz” wysyłaliśmy do wydawnictwa odpowiedzialnego za książkę wezwanie do wstrzymania dystrybucji oraz wprowadzenia korekty bądź erraty. Poniżej publikujemy naszą korespondencję.

Podręczniki szkolne, nie mogą zawierać błędów historycznych, szczególnie w odniesieniu do historii XX i XXI w. Książki używane przez uczniów i nauczycieli nie są publicystyką, ani prywatnym komentarzem, lecz są firmowane przez ministerstwa danego kraju (w przypadku Niemiec – danego landu). Wiedza przekazywana młodzieży musi być rzetelna. Młodzi ludzie, uczęszczający w tej chwili do szkoły, w przyszłości będą kształtowali politykę historyczną danego kraju. Dlatego tak ważne jest, aby także rodzice reagowali na to z czego korzystają ich dzieci w trakcie nauki. Dziękujemy Gregor Fox za zwrócenie nam uwagi na to przekłamanie i upublicznienie!

Warszawa, 19.05.2017 r.

Dr. Angela Bleisteiner
Ernst Klett Verlag GmbH
Kundenservice
Postfach 10 26 45
70022 Stuttgart

Dr. h. c. Michael Klett
Ernst Klett Verlag GmbH
Kundenservice
Postfach 10 26 45
70022 Stuttgart 

Reduta Dobrego Imienia, niezależna polska organizacja pozarządowa, skupiająca w swoich szeregach tysiące Polaków w Polsce i za granicą, odnotowała w publikacji Państwa wydawnictwa przypadek kłamstwa oświęcimskiego. Na stronie 212. podręcznika do historii Geschichte und Geschehen 11, Ausgabe Bayern ab 2009, Schülerbuch Klasse 11, ISBN: 978-3-12-430017-1 użyto skandalicznego sformułowania „polnische Lager” w odniesieniu do niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady, do których deportowani byli niemieccy Żydzi. Zdanie zawierające przedmiotowe sformułowanie zawiera również niedopuszczalne kłamstwo i sugeruje istnienie obozów na terytorium Polski, względnie utworzonych i prowadzonych przez Polaków, jeszcze przed 1939 r., czyli wybuchem wojny. W jednym zdaniu znalazły się zatem dwa błędy – oba bezpośrednio obciążające naród Polski odpowiedzialnością za Holocaust. W tym wypadku nie można mówić o skrócie myślowym czy przejęzyczeniu – częstokroć występujących w publicystce i popkulturze. Na niemieckim wydawnictwie realizującym misję w zakresie edukacji historycznej uczniów bawarskich szkół spoczywa potężna odpowiedzialność. 72 lata po wojnie przypadki rewizjonizmu historycznego są wprost niewyobrażalne w podręczniku historii, i to używanym w Bawarii, mateczniku narodowego socjalizmu, z jej stolicą Monachium, gdzie w roku 1923 inicjując tzw. pucz monachijski, Adolf Hitler mową nienawiści i kłamstwem zasiał ziarno, którego plonem był miliony ofiar.

Niestosowanie tego typu sformułowań to nie tylko kwestia niezbędnej precyzji czy respektu na wrażliwość narodów; to przede wszystkim podstawowy kanon prowadzenia uczciwego dyskursu historycznego. W oświadczeniu opublikowanym w dniu 19.01.2014 r. przez Zrzeszenie Niemieckich Historyków czytamy: „Sformułowania jak polskie obozy koncentracyjne są słowami niedopuszczalnymi, sugerują fałszywe wyobrażenia o odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie”.  Niedawno, 25.04.2017 r. Prof. Stephan Lehnstaedt, specjalizujący się w historii holocaustu, na łamach Süddeutsche Zeitung w artykule Einfach zuhören  powiedział , że zamiast wiedzy o Polsce i jej historii w Niemczech „dominuje bezmyślność i niewiedza, która nierzadko wyraża się w sformułowaniach o polskich obozach koncentracyjnych. Nikt kto zna wagę słów, nie może uznać używania tego sformułowań jako błahe”.

Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się ideologii opartej na pogardzie dla prawdy i człowieka, która wzorem idei narodowego socjalizmu mogłaby ponownie stać się zagrożeniem dla Europy i świata. Po II wojnie światowej niemiecka edukacja szkolna znalazła się w gestii krajów związkowych, a nie w gestii rządu federalnego. Nie lekceważąc lokalnego zakresu wystąpienia tego rewizjonistycznego sformułowania, Reduta Dobrego Imienia domaga się:

  • natychmiastowego wstrzymania dystrybucji podręcznika Geschichte Geschehen 11
  • wprowadzenia korekty/erraty do aktualnego wydania podręcznika
  • złożenie wniosku u stosownych władz oświatowych kraju związkowego Bawarii o zatwierdzenie wprowadzonej zmiany oraz przeprowadzenie akcji wymiany podręcznika

Prosimy o informacje o działaniach podejmowanych w tej sprawie. W przypadku braku reakcji, podejmiemy stosowne kroki prawne.

Z wyrazami szacunku

 

Oświadczenie Reduty Dobrego Imienia na temat relacji polsko-ukraińskich z uwzględnieniem niepokojących tendencji w ukraińskiej polityce historycznej

Maj 17, 2017

Z niepokojem obserwujemy politykę historyczną Ukrainy wobec Polski. Wzrasta gloryfikowanie OUN-UPA, niechęć do skonfrontowania się z prawdą o rzezi wołyńskiej, dochodzi do ataków na polskie placówki dyplomatyczne, a manipulacje faktami historycznymi w mediach coraz częściej podburzają przeciwko Polakom. Szczególnie agresywne i niebezpieczne są wypowiedzi przewodniczącego ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wjatrowycza.

Polacy, którzy jasno wyrażają swój sprzeciw, dostają wieloletni zakaz wjazdu na Ukrainę. Taki zakaz otrzymał prezydent Przemyśla Robert Choma, a ostatnio także pan Zdzisław Koguciuk, krewny pomordowanych przez UPA na Wołyniu, zasłużony działacz społeczny, walczący od lat o godne upamiętnienie ofiar banderowskiego ludobójstwa.

W związku z tym Reduta Dobrego Imienia publikuje stanowisko wobec polityki historycznej, którą prowadzi obecny rząd Ukrainy. Dokument kierujemy do Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Oświadczenie Reduty Dobrego Imienia na temat relacji polsko-ukraińskich z uwzględnieniem niepokojących tendencji w ukraińskiej polityce historycznej

Ukraińska polityka historyczna – stosunek Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej do zbrodni OUN-UPA na Polakach

Relacje polsko-ukraińskie na przestrzeni wieków kształtowały się dynamicznie, miały też swoje bardzo dramatyczne karty. Obecnie, w zasadzie po raz pierwszy w dziejach, istnieje szansa na ich kształtowanie jako relacji między dwoma suwerennymi, sąsiadującymi ze sobą państwami, które wiele łączy. Aby takie relacje, dobre i trwałe, mogły zaistnieć, potrzebne jest wyjaśnienie bolesnych kart z czasów II wojny światowej. Na przeszkodzie stoi niechęć strony ukraińskiej do skonfrontowania się z prawdą o Rzezi wołyńskiej.

W tym kontekście niepokoi wyraźna asymetria, którą można dostrzec we wzajemnych stosunkach. Jeśli chodzi o polską stronę, to można zaobserwować od lat nieustające i bezwarunkowe wsparcie polityczne, logistyczne, doradcze i finansowe dla Ukrainy – od chwili uzyskania przez nią niepodległości – z otwarciem granic na falę emigracji włącznie. Także na poziomie poszczególnych polskich obywateli czy też ich grup widać zainteresowanie i życzliwość, chęć pomocy. I tak na przykład wielu Polaków samorzutnie angażowało się w organizację pomocy podczas walk w Donbasie, zbierano medykamenty, odzież, żywność, pieniądze, wyruszały całe transporty z tymi darami. Wśród Polaków pochodzących z tamtych ziem nie ma roszczeń co do utraconej ojcowizny. Owszem, jest tęsknota, nostalgia, żal, poczucie krzywdy, ale nie ma tendencji rewizjonistycznych. Widać to w publikowanych wspomnieniach ludzi, którzy utracili najbliższych – mordowanych przez nacjonalistów ukraińskich w wyjątkowo okrutny sposób – i cały swój świat.

Tymczasem ze strony ukraińskiej mamy do czynienia z fałszowaniem historii, polityką historyczną gloryfikującą OUN-UPA, której emanacją jest uchwalenie ustawy sankcjonującej kary za krytykę obu formacji, a także brakiem zgody na upamiętnienie tych, których zamordowano. A są to formacje, które owszem, walczyły z Sowietami o samodzielną Ukrainę, ale jednocześnie były bezpośrednio odpowiedzialne za ludobójstwo na Polakach. Obserwujemy wzmożoną akcję niszczenia pomników, ataki na polskie placówki dyplomatyczne, manipulacje medialne, za których pomocą prowadzona jest nagonka na Polskę i Polaków, a każdy taki przypadek bez analizy tłumaczy się rosyjską prowokacją. Sprawcy pozostają anonimowi i nieuchwytni. Co więcej, każdemu, kto zadaje pytania o skalę odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego i realizm we wzajemnych relacjach polsko – ukraińskich knebluje się usta oskarżeniem o działalność agenturalną i przypięciem łatki przynależności do V kolumny Putina. Stajemy się w ten sposób zakładnikami szantażu emocjonalnego.

Rozumiemy potrzebę zjednoczenia obywateli kształtującego się państwa ukraińskiego wokół jakichś nośnych idei i bohaterów własnej przeszłości. Jednak bardzo niepokoi wybór bohaterów tej przeszłości, dokonywany przez współczesnych ukraińskich patriotów i popierany przez ukraińskie władze. Sądzimy, że Ukraińcy zasługują na innych bohaterów, nie splamionych wzywaniem do mordowania ani udziałem w ludobójstwie – i takich mają, choćby Semena Petlurę. Obok ukraińskich nacjonalistów z UPA, mordujących swych sąsiadów, byli też Ukraińcy, którzy tychże sąsiadów ratowali – i nierzadko sami ginęli z rąk własnych rodaków. Pamiętamy o tym i jesteśmy im wdzięczni.

Ze zła nie wynika nigdy dobro. Jedynie rozpoznając i odrzucając zło można zbudować coś dobrego. Jeśli Ukraińcy będą budowali własną tożsamość na fałszu, jeśli ich bohaterami będą mordercy – nigdy nie uda się im stworzyć silnego, suwerennego państwa, bezpiecznego domu dla nich samych.
Kwestię ukraińskiej polityki historycznej musimy rozpatrywać w kontekście szerszym, w kontekście obecnej sytuacji Polski i Ukrainy. Mając na względzie dążenie do jak najlepszych relacji obywatelska odpowiedzialność za Polskę nakazuje zadać następujące pytania:

  • Czy relacje Polski z Ukrainą bez względu na okoliczności powinna determinować decyzja o pomocy dla walczącej Ukrainy, która wiąże siły rosyjskie z dala od polskich granic?
  • Czy poparcie dla Ukrainy ma się odbywać bez względu na nacjonalizm ukraiński?
  • Czy należy to robić ze świadomością, że ok. 2 mln Ukraińców znających jedynie przekaz o kulcie Bandery przebywa na terytorium Polski, że są oni coraz lepiej zorganizowani, a perspektywa napływu kolejnej fali emigracji jest, jak się wydaje, jedynie kwestią czasu?

Coraz bardziej napięta sytuacja wymaga zdecydowanej reakcji strony polskiej na fałszowanie historii przez czołowych urzędników i historyków Ukrainy. Można bez wahania powiedzieć, że efektem nieustającego dialogu w ramach polsko – ukraińskiego forum historyków jest jedynie uwiarygodnianie fałszywej i wrogiej Polsce polityki historycznej Ukrainy, bez reakcji ze strony ukraińskiej na postulaty strony polskiej. Mówiąc wprost – Ukraińcy nie chcą uznać win za zbrodnie popełnione na Polakach i relatywizują znaczenie wydarzeń z ukraińsko-polskiej przeszłości. Owszem, polityka II RP w stosunku do mniejszości nierzadko była błędna i oparta na fałszywych założeniach, choć warto pamiętać, że mimo wszystko Ukraińcy w Polsce mogli żyć i rozwijać się, czego nie można powiedzieć o części Ukrainy znajdującej się w Sowietach, gdzie podczas Wielkiego Głodu zginęło 3 mln Ukraińców. W żadnym razie niesprawiedliwe traktowanie Ukraińców przez polskie władze nie tłumaczy ani ukraińskiego terroryzmu skierowanego przeciw funkcjonariuszom państwa polskiego ani też późniejszego mordowania Polaków, które było realizacją planu „czystki etnicznej”.

To, co teraz się toczy, to nie jest dialog, lecz monolog i to obwarowany szantażem emocjonalnym, bo przecież Ukraina walczy z Rosją. Niestety – nie da się zbudować na takiej podstawie trwałych i przyjaznych relacji pomiędzy narodami, chociażby dlatego, że w Polsce przebywa ok. 2 mln Ukraińców, którzy wychowywani przez politykę historyczną swojego państwa mają zafałszowaną perspektywę historyczną, inną wizję przeszłości, czego konsekwencje są oczywiste – wrogość do Polaków. Co więcej, oficjalne osobistości państwa ukraińskiego aktywnie uczestniczą nie tylko w apologetyzowaniu zbrodniczych organizacji, ale wprost popierają fałszowanie historii przez ukraińskich badaczy, w dowolny sposób kompilujących dane źródłowe. Dobrym przykładem takiej działalności, która po prostu przygotowuje grunt pod rehabilitację zbrodniarzy jest artykuł Serhija Rabienki, polecany przez Wołodymyra Wiatrowycza, szefa ukraińskiego IPN i uczestnika wspomnianego forum dialogu polsko-ukraińskiego. Artykuł Serhija Rabienki, „rozprawiający się z mitem ludobójstwa na Wołyniu”, w pełni akceptowany przez Wiatrowycza, jest dobrym przykładem na manipulacje i przekłamania strony ukraińskiej, prowadzące do wybielania zbrodniarzy, zdjęcia z Ukraińców odpowiedzialności za ludobójstwo i – w konsekwencji – uspokojenia sumień. A bez rozliczenia i uznania win – w skali masowej – powtórzenie się zbrodni jest możliwe. Już teraz w województwach południowo-wschodnich obecnej Polski obywatele odczuwają niepokój. Lęk przed „powrotem rezunów” jest realny, zwłaszcza gdy na Ukrainie pojawiają się mapy z Przemyślem w granicach Ukrainy. Dlatego takie teksty jak omawiany artykuł nie mogą pozostać bez odpowiedzi. Zespół Reduty Dobrego Imienia i jej Dział Dokumentacji i Analiz dokonał krytycznej analizy tego tekstu (która jest aneksem do niniejszego Oświadczenia) wypunktowując wszystkie przekłamania i manipulacje, co pokazuje jak członkowie obecnych ukraińskich elit traktują historię. I trzeba pamiętać, że 2 mln Ukraińców w Polsce zna tylko ukraińską wersję historii, bez odpowiedzi ze strony polskiej, chociażby w postaci jakiegoś rodzaju programu w telewizji publicznej do nich skierowanego.

Atmosfera wzajemnych relacji gęstnieje, a eskalacja działań i pola konfliktu niebezpiecznie zbliżają się do polskiej granicy. Trzeba zatem reagować, zanim będzie za późno. Dlatego apelujemy o realizm i wzajemne poszanowanie na gruncie prawdy. Polska nie może być dłużej poddawana szantażowi emocjonalnemu.

Politykę historyczną od propagandy oddziela cienka bariera, którą tworzą rzetelność zawodowa autora(ów) i wykonawcy(ów) konkretnych polityk historycznych oraz świadomość niebezpieczeństw, które zmaterializują się, jeśli zostaną złamane zasady rzetelności i uczciwości. Niebezpieczeństwa te to przede wszystkim relatywizacja prawdy, co gorsza – relatywizacja zachodząca na gruncie demokratycznych koncepcji organizacji społeczeństwa i zgodnie z obowiązującymi w nim zasadami.

Warunkiem podstawowym polskiej polityki historycznej wobec Ukrainy powinno być uwypuklenie wspólnych i pozytywnych jednocześnie fragmentów historii. Polskie działania powinny brać pod uwagę rzeczywiste uwarunkowania zmieniającej się rzeczywistości w relacjach polsko-ukraińskich.

Zbyt długie zwlekanie z rozwiązaniem problemu tylko go rozjątrza.

Ukraińcy muszą wreszcie zrozumieć, że budowa wzajemnych relacji nie jest i nie będzie możliwa na gruncie akceptacji dla fałszu.

Historia się nie powtarza – ale te same przyczyny wywołują takie same skutki.

REDUTA DOBREGO IMIENIA POLSKA LIGA PRZECIW ZNIESŁAWIENIOM

 


ANEKS DO OŚWIADCZENIA REDUTY DOBREGO IMIENIA NA TEMAT RELACJI POLSKO-UKRAIŃSKICH: ANALIZA ARTYKUŁU

AUTOR: SERHIJ RABIENKO (Сергій Рябенко)

Artykuł ukazał się w Ukraińskiej Prawdzie 4 lutego 2017 r.

Tytuł: Що сталося в Парослі? Хто приніс смерть у польську колонію на Волині / Co się stało w Parośli? Kto przyniósł śmierć do polskiej kolonii na Wołyniu

 

Począwszy od 1990 r., kiedy to w Polsce została wydane przez ówczesną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce – Instytut Pamięci Narodowej – pierwsze niewielkie opracowanie przedstawiające chronologiczny rejestr zbrodni ukraińskich na Polakach na Wołyniu autorstwa Józefa Turowskiego i Władysława Siemaszki pt. Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939-1945, trwa konflikt polskiej i ukraińskiej pamięci historycznej – po stronie ukraińskiej reprezentowany przez nacjonalistyczną diasporę ukraińską i, początkowo tylko na zachodniej Ukrainie, przez niezbyt liczną grupę inteligencji ukraińskiej o nacjonalistycznych poglądach. Po 2000 r., kiedy to ukazała się kilkanaście razy większa od ww. książeczki Turowskiego i Siemaszki praca Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945 Władysława i Ewy Siemaszków, dokumentująca zbrodnie nacjonalistów ukraińskich w ponad 1700 miejscowościach, konflikt ten wzmógł się, bowiem powstanie w 1991 r. państwa ukraińskiego i pozbycie się dominacji sowieckiej, umożliwiło ukraińskim środowiskom nacjonalistycznym nieskrępowaną wszechstronną aktywność uwieńczoną wprowadzeniem w 2015 r. państwowego kultu OUN i UPA. Nieprzerwanie od 1990 r. na Ukrainie prowadzone są prace i wydawane publikacje gloryfikujące OUN i UPA oraz wybielające te organizacje z piętna zbrodni na Polakach oraz zaprzeczające kwalifikacji tych zbrodni jako ludobójstwa. W ostatnich latach przewodnią rolę w tym odgrywa Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej.

Artykuł autorstwa współpracownika Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Serhija Riabenki Co się stało w Parośli? Kto przyniósł śmierć do polskiej kolonii na Wołyniu jest przykładem powszechnie uprawianego na Ukrainie negacjonizmu zbrodni ludobójstwa na Polakach i fałszowania świadczących o tym faktów.

Poprzedzająca właściwy tekst zapowiedź redakcyjna rozprawienia się z „jednym z podstawowych mitów ‘ludobójstwa na Wołyniu”, czyli polskimi twierdzeniami, że zbrodni dokonali ukraińscy nacjonaliści, a przede wszystkim tzw. banderowcy, jest postawioną przez autora tezą, którą usiłuje dowieść zestawiając odpowiednio dobrane źródła informacji.

Zbrodnia w kolonii Parośla (ściśle: kolonia Parośla I w gm. Antonówka, pow. sarneński, woj. wołyńskie), tj. podstępne wymordowanie od 155 do 180 Polaków (149 osób znanych z nazwiska) była pierwszą masową zbrodnią dokonaną 9 lutego 1943 r. przez nacjonalistów ukraińskich, jednak mordy pojedynczych osób i rodzin były dokonywane przez Ukraińców na Wołyniu od 1942 r. Zbrodnie poprzedzające wymordowanie Parośli nie były jakimiś przypadkowymi zdarzeniami kryminalnymi, bowiem odbywały się według tego samego schematu (powtórzonego później w Małopolsce Wschodniej). Zamiar wyniszczenia „lachów” był artykułowany przez Ukraińców co najmniej od lipca 1941 r., tj. od objęcia Kresów Wschodnich okupacją niemiecką, podczas której – w przeciwieństwie do okupacji sowieckiej – ruch nacjonalistyczny miał dobre warunki do rozwoju i działania (aż do momentu atakowania przez bojówki OUN i UPA w 1943 r. posterunków niemieckich, majątków administrowanych przez Niemców i przejeżdżających pojazdów oraz ekspedycji kontyngentowych). Zapowiedzi „rozprawy z lachami”, wypowiadane przez Ukraińców w różnym czasie przed przystąpieniem do totalnego mordowania Polaków, znajdują się w setkach świadectw ocalonych. Sprawcami Zbrodni Wołyńskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej była OUN Stepana Bandery i stworzona przez nią UPA (czyli tzw. banderowcy), co wynika nie tylko z przekazów świadków, ale również z dokumentów banderowskich, sowieckich i części dokumentów polskiego podziemia.

Wymordowanie kolonii Parośla było, jak ustalił prof. dr hab. Grzegorz Motyka, dziełem pierwszego wojskowego oddziału pod dowództwem Hryhorija Perechijniaka „Dowbeszki-Korobki”, zorganizowanego przez OUN Bandery na północnym Wołyniu, określanego później jako pierwsza sotnia UPA. Ta identyfikacja zbrodniarzy wynika z zestawienia następujących faktów: 1) 7 lutego albo z 7 na 8 lutego 1943 r. sotnia „Dowbeszki-Korobki” dokonała napadu na budynek policji (czy żandarmerii?) niemieckiej we Włodzimiercu (miasteczko i gmina w pow. sarneńskim), zabierając służących w niej Kozaków oraz broń i amunicję (informacje o tym zdarzeniu podają emigracyjne nacjonalistyczne opracowania ukraińskie); 2) 9 lutego 1943 r. miał miejsce mord w Parośli, odległej od Włodzimierca ok. 10 km, gdzie w jednym z domów oprócz domowników, Ukraińcy zamordowali także Kozaków z Włodzimierca, czego świadkiem byli „niedobici” w tym domu Witold Kołodyński wraz z siostrą Teresą; świadectwo Kołodyńskiego było opublikowane w Ludobójstwie… (ss. 1213-1219) oraz wielu innych publikacjach.

Świadkami zbrodni w Parośli byli także mieszkańcy okolicznych miejscowości przybyli na miejsce zbrodni i grzebiący zamordowanych (ich relacje były wykorzystane w pracy Ludobójstwo… do opracowania opisu zbrodni) oraz 12 pozostałych ocalonych, którzy przekazali swe przeżycia mieszkańcom okolicznych miejscowości.

Połączenie obu faktów – napadu we Włodzimiercu z mordem w Parośli jako ciągu jednej akcji banderowców nie podlega wątpliwościom, bowiem nie ma śladów jakichkolwiek innych akcji w tym czasie i w tej okolicy, w których byliby porwani Kozacy, zaś zamordowanych Kozaków u Kołodyńskich widziało wielu dorosłych ludzi z sąsiednich miejscowości, nie tylko ocalone dzieci.

W Ludobójstwie… jako sprawców błędnie wskazano nacjonalistów ukraińskich z ugrupowania Maksyma Borowcia „Tarasa Bulby”, kierując się nie tylko określeniami napastników przez miejscowych Polaków jako „bulbowców”, ale przede wszystkim raportem Okręgu AK Wołyń kryptonim „Hreczka” skierowanym do Komendanta Głównego AK z sytuacji do dn. 20 kwietnia 1943, w którym zbrodniarze są nazwani bulbowcami. W tym czasie rozeznanie do jakiego ugrupowania należą ukraińskie bojówki było dla ludności polskiej trudne lub niemożliwe, bowiem Ukraińcy izolowali się i nie dopuszczali do wnikania w ich organizacyjne zależności. Bez względu na przynależność organizacyjną morderców, polska ludność nie miała żadnych wątpliwości, że sprawcami byli Ukraińcy, a fakt wymordowania Parośli „lotem błyskawicy” był przekazywany nawet w odległe miejsca Wołynia i był przynajmniej w najbliższej okolicy bodźcem do organizowania wart mających ostrzegać o niebezpieczeństwie i w niektórych większych miejscowościach do tworzenia samoobrony.

Dla gloryfikatorów OUN i UPA niewygodne jest, że pierwsza „antyniemiecka” akcja UPA była połączona z wielką zbrodnią na Polakach, tym bardziej że na bieżący rok przypada 75. rocznica powstania UPA (jest nawiązanie do tej rocznicy w artykule Riabenki), toteż omawiany artykuł powstał w ramach przygotowań rocznicowych (14 października). Celem tej publikacji jest zatem podważenie odpowiedzialności banderowców za pierwszy masowy mord na Wołyniu w Parośli.

Aby osiągnąć pożądany cel Riabenko zestawił i przeanalizował 4 publikacje wspomnieniowe dowódców sowieckiej partyzantki, w tym polskiego komunisty Józefa Sobiesiaka, wzmianki dwu ouenowców z otoczenia „Dowbeszki-Korobki”, dwie polskie relacje świadków (Witold Kołodyński i Zofia Grzesiakowa), 3 dokumenty polskiego podziemia AK, 4 meldunki i sprawozdania dowódców zgrupowań i oddziałów partyzantki sowieckiej działającej na Wołyniu i Polesiu, protokół przesłuchania członka oddziału UPA działającego m.in. w okolicach Włodzimierca oraz interpretacje ukraińskiego historyka Iwana Patrylaka zajmującego się od 2001 r. formacjami OUN i UPA. Najwięcej miejsca poświęcił Riabenko przedstawianiu opisu wydarzeń w Parośli przez Józefa Sobiesiaka, którego w Polsce po 1989 r. żaden z badaczy nie cytuje, nie traktując jego stwierdzeń (będących pasmem zmyśleń) jako wiarygodnego poważnego źródła informacji, lecz jako propagandową publicystykę. Jedyną wartą uwagi informacją podaną przez Sobiesiaka jest wskazanie na banderowców jako sprawców zbrodni. Jako przeciwwagę dla tego jedynego prawdziwego twierdzenia Sobiesiaka Riabenko przedstawia krótkie opisy i wzmianki o wymordowaniu Parośli przez dowódców sowieckiej partyzantki, podkreślając, że jeden z nich, Anton Brinski, w którego zgrupowaniu działał oddział Sobiesiaka, za morderców uważał bulbowców (pozostali ograniczyli się do ogólnej nazwy „nacjonaliści ukraińscy”). Sprzeczność w określaniu sprawców przez sowieckich dowódców lub nieprecyzyjne ich nazywanie, służy Riabence z jednej strony do sugerowania, że w tej sytuacji tożsamość sprawców jest niewiadoma, ale z drugiej strony, że z tych źródeł (Sobiesiak) pochodzi współcześnie wykorzystywane oskarżenie o zbrodnie banderowców. W podobny sposób Riabenko zajmuje się sprawozdaniami i meldunkami dowódców sowieckiej partyzantki, którzy na sprawców zbrodni typują bulbowców, a jeden z nich wymienia jako dowódcę rejonu Włodzimierzec syna popa Suporkewycza, na co nie ma potwierdzenia w innych źródłach.

Również w powoływanych przez Riabenkę dokumentach Polskiego Państwa Podziemnego sprawcami są bulbowcy bądź bandy ukraińskie, a więc informacje traktowane przez niego jako podstawa do stawiania znaku zapytania wobec sprawców wymordowania Parośli. Tendencyjnie pomija on czynnik niemożności prowadzenia wywiadu przez polskie podziemie w separujących się środowiskach ukraińskich z głęboką konspiracyjnością ukraińskiego podziemia. Kolejny zręczny zabieg podważania polskich twierdzeń zastosował Riabenko wobec dokumentu określonego przez niego jako wspomnienia kpt. Władysława Kochańskiego, który po rozbiciu przez UPA ośrodka samoobrony Huta Stepańska i zniszczeniu okolicznych osiedli polskich przebywał na terenie gminy Antonówka pomiędzy 19 a 29 lipca 1943 r., organizując tam oddział partyzancki, z którym wyruszył do powiatu kostopolskiego. W rzeczywistości był to odpis z odpisu listu kpt. Kochańskiego znajdujący się w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej, którego zacytowany fragment został przez Riabenkę nieco zniekształcony, a do tego najprawdopodobniej w odpisie z odpisu został opuszczony podczas przepisywania jakiś niewielki fragment mówiący o miejscowościach polskich potrzebujących obrony przed banderowcami, bowiem zestaw tych miejscowości przeczy ówczesnej sytuacji – wymordowana Parośla nie wymagała ochrony i prawdopodobnie została zamieszczona jako przykład ilustrujący poważne zagrożenie, zaś opuszczone zostały inne miejscowości. Otóż cytat artykułu z Riabenki jest następujący: „zasadniczym zadaniem po upadku Huty Stepańskiej było strzec życia ludności polskiej przed napadami watah banderowskich w Antonówce, w koloniach Wydymer i Parośla, w której ludność została eksterminowana w końcu stycznia 1943 roku przez banderowców, którzy podali się za radzieckich partyzantów […]”, gdy tymczasem fragment ten ma brzmienie: „Zasadniczym zadaniem po upadku Huty Stepańskiej, było zapewnienie życia ludności polskiej, poprzez obronę przed napadami banderowskich watah w skupiskach Antonówka, kol. Wydymer, Parośl kolonia, w której cała ludność została wymordowana z końcem stycznia 1943 r przez banderowców podszywających się pod radzieckich partyzantów (…). Riabenko wykorzystuje nieprecyzyjne lub zniekształcone sformułowanie Kochańskiego do podania sugestii, że to nie Parośla, w której zginęli Kozacy wraz z Polakami była mordowana przez banderowców, lecz druga kolonia o tej samej nazwie, Parośla II, w tej samej gminie Antonówka w lipcu 1943 r., zarzucając ocalonemu Witoldowi Kołodyńskiemu, że sprawców zbrodni w Parośli II „przerzucił” do Parośli I, w której w lutym 1943 r. została zamordowana jego rodzina. Tymczasem Parośla II nie była całkowicie wymordowana: w trakcie napadu 30 lipca 1943 r. kolonia została całkowicie spalona wraz z innymi okolicznymi polskimi osiedlami, a tego dnia zginęły na jej terenie zaledwie 2 osoby, bo ludność polska zdążyła uciec. Losy Polaków w Parośli II są opisane w Ludobójstwie… (s. 742-743), lecz Riabenko świadomie pomija tę pracę całkowicie, by nawet nie podpowiadać szczególnie dociekliwym czytelnikom niepożądanej lektury.

Najsilniej Riabenko pomniejsza znaczenie relacji Witolda Kołodyńskiego, a nawet ją podważa, uważając za wątpliwą, ponieważ: „doznał ciężkiego urazu głowy i stracił przytomność”, miał 12 lat, jego relacje (nie wiadomo dlaczego w liczbie mnogiej, gdy mowa o jednej relacji) „zostały spisane dopiero w 1991 roku, a więc prawie po 60 latach”. Kontynuując myśl o czasie, który minął od wydarzenia, orzeka: „Dlatego – nie wiadomo, na ile te wspomnienia odzwierciedlają to, co on widział, słyszał i wiedział bezpośrednio w czasie napadu na Paroślę oraz czy na te wspomnienia nie miały wpływu późniejsze wydarzenia konfliktu polsko-ukraińskiego i rozpowszechnionych w powojennej Polsce wyobrażeń o roli banderowców w tym konflikcie”. Suponuje więc dokładniej, skąd brały się wyobrażenia Kołodyńskiego o roli banderowców: „nie jest wykluczone, że właśnie wydane w Polsce w latach 50. i 60. wspomnienia Sobiesiaka i Werszyhory [sowieckich partyzantów, i co dziwne akurat wspomnienia Werszyhory, które w małym stopniu są zbliżone do relacji Kołodyńskiego] wpłynęły na ocenę wydarzeń w Parośli ze strony jedynego ocalałego świadka, tj. Kołodyńskiego”. Jako jedynego świadka Riabenko ma na myśli świadka bezpośredniego, o czym triumfalnie komunikuje, odpowiadając na zadane przez siebie pytanie „Co mają Polacy?”: „Jedynym bezpośrednim dowodem, na którym opiera się ta wersja [wymordowania Parośli przez sotnię „Dowbeszki-Korobki”] są relacje byłego mieszkańca Parośli Witolda Kołodyńskiego”. Ta relacja, ze względu na podany w niej fakt mordowania uprowadzonych z Włodzimierca Kozaków, co kojarzy się z napadem sotni „Dowbeszki-Korobki”, szczególnie psuje usiłowanie ukrycia pierwszej sotni UPA jako morderców Polaków. Wyczuwa się satysfakcję u Riabenki: cóż mają Polacy jako dowód zbrodni – tylko jednego ocalałego świadka, a to za mało; a więc zbrodnia niemal doskonała. Tymczasem oprócz Kołodyńskiego ocalało jeszcze 12 osób, z których niektórzy ciężko ranni później zmarli, ale zdążyli oni przekazać opisy zbrodni osobom, które nimi się zaopiekowały w sąsiednich polskich koloniach – zawarte w relacjach wykorzystanych w Ludobójstwie…, lecz Riabenko woli w to nie wnikać. Jeden z ocalonych w Parośli chłopców nie przekazał tak szczegółowej relacji jak Kołodyński, ale sporządził szczegółowy plan kolonii (w Ludobójstwie… na s. 740) z zaznaczonymi wymordowanymi rodzinami, włącznie z własną.

Przekaz innego ważnego polskiego świadka, Zofii Grzesiakowej (Między Horyniem a Słuczą, Warszawa 1992, ss. 298-302,304,306,309,310), Riabenko bagatelizuje, twierdząc, że nie wiadomo czy i z jakim podziemiem był związany znany jej młody Ukrainiec ze wsi Bielatycze (gm. Bielatycze, pow. sarneński), biorący udział wraz z innymi mieszkańcami tej wsi w napadzie na Paroślę. Tymczasem niemożliwe jest by Riabenko nie wiedział, że sowiecki wywiad ustalił nazwiska 33 Ukraińców z Bielatycz, należących do OUN niepodległościowców (czyli banderowców), a lista ta datowana 12 marca 1943 r., a więc prawie miesiąc po likwidacji Parośli, jest opublikowana w popularnej na Ukrainie pracy Iwana Biłasa, Represywno-karalna systema w Ukrajini 1917-1953, Kijiw „Lwów” – „Wijśko Ukrajiny” 1994, s. 377-378. Przynajmniej część ouenowców z tej listy mordowała Polaków w Parośli, co wynika z obserwacji Zofii Grzesiakowej i docierających do niej informacji od miejscowych Ukraińców.

W zamiarze podważenia wspomnienia Grzesiakowej Riabenko przytacza „bajkową” opinię historyka specjalizującego się w historii OUN-UPA Iwana Patrylaka, który uważa, że sotnia Perehijniaka nie podejmowałaby się po napadzie we Włodzimiercu palenia okolicznych polskich wsi, żeby nie ściągnąć na siebie pościgu niemieckiego, usunęła się na północny wschód pod Wysock, „obok którego Niemcy dogonili sotnię” 22 lutego 1943 r.! W rzeczywistości działania pierwszej sotni UPA przebiegały zupełnie inaczej: Parośla w lutym 1943 r. była jedyną wymordowaną polską kolonią w okolicy Włodzimierca, puste domy spalone zostały dopiero 30 lipca 1943 r. podczas likwidacji całego kompleksu polskich kolonii na północ od linii kolejowej Kowel-Sarny; innych kolonii tam nie wymordowano całkowicie i nie palono, a więc ciche unicestwienie Polaków bez jednego wystrzału przy pomocy siekier i bez palenia zabudowań nie groziło jakąkolwiek reakcją Niemców. Niemcy zresztą generalnie nie ścigali nacjonalistów ukraińskich za zbrodnie na Polakach. Wprost infantylne jest wyobrażenie, że po akcji we Włodzimiercu Niemcy od 7 do 22 lutego (tj. przez 15 dni) tropili sotnię aż dopadli ją pod Wysockiem (pow. stoliński, woj. poleskie) odległym od Parośli w prostej linii ok. 55 km. Przede wszystkim nie mieli wystarczającego powodu, by podejmować tak długotrwały wysiłek, bowiem w podstawowych opracowaniach o UPA (Petro Mirczuk, Ukrajinśka Powstanśka Armija 1942-1952. Dokumenty i materiały, Monachium 1953, Lwiw 1991, s. 33 – cytat z czasopisma Wisti z frontu УПА, nr 1 z 1943 р. oraz Ukrajinśka Powstanśka Armija. Bojowi diji UPA za 1943-1950 r., czastyna druga, Wydannia Zakordonnych Czastyn Orhanizaciji Ukrajinśkych Nacjonalistiw, bmw. 1960, s. 5) nie ma ani słowa o ataku na Niemców w Włodzimiercu, lecz na budynek, w którym kwaterowali Kozacy na służbie niemieckiej, pełniąc funkcje policjantów. Celem tego napadu było uwolnienie członka OUN „Dubrowy”, którego zatrzymali policjanci-Kozacy z Włodzimierca. Opisuje to Roman Petrenko współpracujący w ounowskim podziemiu z Perehijniakiem, członek terenowego kierownictwa OUN ( Litopys Ukrajinśkoji Powstanśkoji Armiji, t. 27, Roman Petrenko: Za Ukrajinu, za jiji wolju (spohady), Toronto 1997, s. 77-79). Postanowienie o odbiciu członka OUN zapadło na naradzie terenowego kierownictwa OUN (uczestniczył w niej Petrenko) z przywódcą Sarneńskiego Okręgu OUN Iwanem Łytwynczukiem „Dubowym”. Rezultatem napadu było uwolnienie „Dubrowy” oraz rozbrojenie i ujęcie Kozaków, zlikwidowanych dzień lub dwa później w Parośli. Faktycznie zatem pierwsza akcja pierwszej sotni UPA nie była walką z Niemcami, której mit tworzą współcześni historycy ukraińscy. Nie ma też nic wspólnego z prawdą wymyślone przez Patrylaka usunięcie się pod Wysock sotni Dowbeszki przed ścigającymi ją Niemcami. Według Petrenki na kolejnej naradzie członków OUN w rejonie Dąbrowicy (gm. Dąbrowica, pow. sarneński), na której był obecny, „Dubowyj” polecił z powodu wiadomej mu planowanej przez Niemców obławy na sowiecką i ukraińską partyzantkę głębokie zakonspirowanie się wszystkich ounowców, w związku z czym sotnia Perechijniaka przeszła na północ w lesisto-bagienne ostępy w okolicy Wysocka, gdzie jednak doszło do walki z Niemcami, w której zginął Perechijniak. Rejon ten był nasycony partyzantką sowiecką, przeciw której wyprawiali się Niemcy z Wysocka i natrafili na banderowców. Znamienne jest, że wspomnienia Petrenki, wysokiej rangi członka OUN, naruszające preparowaną przez ukraińskich historyków legendę pierwszej sotni UPA, zostały pominięte przez Patrylaka i Riabenkę.

Podsumowując, Riabenko wykonuje typowo propagandową pracę, w której najpierw stawia tezę potrzebną do gloryfikacji UPA, a następnie z dobranych „pod tezę” materiałów wybiera odpowiednią kombinację informacji, które opatruje komentarzami i interpretacjami dopasowanymi do tezy. Nie łączy ze sobą powtarzających się i stycznych informacji, jeśli nie odpowiadają mu treściowo, natomiast chwyta się błędnych informacji w źródłach do podważania niewygodnych ustaleń, nie biorąc pod uwagę okoliczności ich zaistnienia. W rezultacie tych celowych zabiegów dochodzi do zatytułowanego „Co pozostaje” wniosku, że o mordzie w Parośli nic nie wiadomo: „Dostępne na dziś źródła nie pozwalają na jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto dokonał mordu mieszkańców Parośli. Wspomnienia jedynego bezpośredniego świadka i innych świadków dotyczące identyfikacji napastników są dość sprzeczne i niekonkretne. (…) Nie ma jasności ani co do dokładnej daty wydarzenia, ani co do sposobu mordu, ani nawet co do narodowościowego składu i liczby zabitych – według różnych danych jest to od 149 do 173 osób (od 17 do 21 rodzin). Wreszcie, żadne z istniejących źródeł nie zawiera danych wystarczających do tego, by w sposób udowodniony obwiniać o zabicie mieszkańców Parośli Hryhorija Perehijniaka lub jego sotnię”. Jakież to proste rozwiązanie problemu polskiej obecności na Wołyniu: wymordowanie całości społeczności jakiejś wsi i stwierdzenie – jeden ocalony to nie świadek.

Ten sposób „ustalania” faktów historycznych budzi obawy, że kolejnym etapem budowania nimbu UPA będzie stwierdzenie, że nikt w Parośli nie zginął, bowiem tylko jeden świadek coś napisał po lekturze komunistycznych lektur.

W końcowej części artykułu Riabenko zarzuca Polakom, że nie negują walki AK o niepodległość, mimo że niektórzy członkowie tej podziemnej armii popełniali przestępstwa, natomiast traktują jako przestępczą OUN-UPA w całości, gdy tylko poszczególni członkowie tych formacji popełniali przestępstwa. Jest to kolejny przejaw negacjonizmu zbrodni ludobójstwa, bowiem przestępstwa pojedynczych członków czy grup polskiego podziemia były tylko przestępstwami wojennymi a nie zbrodniami ludobójstwa, które zorganizowały i przeprowadziły OUN z UPA, do czego Ukraińcy nie chcą się przyznać.

Artykuł Riabenki, rekomendowany przez szefa Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wiatrowycza, świadczy o przerażającej kondycji moralno-intelektualnej ukraińskich elit, jakby „dziedziczonej” od prawie 90 lat, bowiem założona w 1929 r. przez ukraińskich inteligentów OUN od początku istnienia zamierzała „oczyścić” z Polaków „Ukrainę dla Ukraińców”. Ukraińscy inteligenci najpierw zaplanowali ludobójstwo Polaków, potem je zorganizowali i przeprowadzili, a następnie przez kilkadziesiąt lat zacierają ślady, tworzą fałszywą historię i podejmują wszelkie wysiłki na polu naukowym i politycznym, by ograniczyć lub uniemożliwić publiczne wyświetlanie popełnionych przez nich zbrodni. Kłamstwo historyczne jest uprawiane przez „naukowców” ukraińskich bez jakichkolwiek oporów i wbrew faktom. Ilustruje to następujące zdarzenie: w październiku ub. r. podczas Forum polskich i ukraińskich historyków w Kijowie zaprezentowano kilkudziesięciostronicowy referat „Lipiec 1943 r. na Wołyniu” oparty na nieco ponad 900 dokumentach i publikacjach, wsparty koreferatem pracownika IPN Tomasza Berezy z wykorzystaniem kilkudziesięciu źródeł urzędowych powstałych w ciągu 10 lat od wydarzeń. Oba materiały zostały skwitowane przez Wiatrowycza następującą wypowiedzią dla mediów: „Polski historyk Tomasz Bereza rozpoczął swoje wystąpienie następująco: »Jak wiadomo, dokumentów dotyczących lipca 1943 roku prawie nie ma, dlatego [moje] wystąpienie będzie oparte w większości na relacjach«”. Relacje polskie o zbrodniach OUN-UPA są przez ukraińskich uczonych kwestionowane, natomiast relacje ukraińskich świadków oskarżające Polaków, zbierane 60-70 lat po wydarzeniach, są przez nich traktowane jako wiarygodne źródła. Przedstawione postawy i metody pracy ukraińskich historyków wskazują na beznadziejność dwudziestokilkuletnich wysiłków polskich naukowców naprowadzania historyków ukraińskich na drogę prawdy.

Analizowany artykuł jest klasycznym przykładem wielu propagandowych materiałów docierających do społeczeństwa ukraińskiego z wykorzystaniem wszelkich środków przekazu. Skutecznie tworzą one i rozwijają nie tylko kult OUN-UPA, ale nacjonalistyczne nastroje, które podsycają tlącą się wśród części Ukraińców niechęć do Polski i Polaków. Sugestywny sposób formułowania stwierdzeń przy pozornie naukowym analizowaniu źródeł jest dla przeciętnego czytelnika przekonujący.

Ponadto nie tylko słowo pisane tworzy świadomość i opinię społeczną. Dodatkową rolę pełnią uroczystości i upamiętnienia UPA. I tak np. 7 lutego br., jak podał Telekanał Riwne 1 (http://rivne1.tv/Info/?id=78005) z okazji 74-lecia pierwszej „walki UPA” pod tablicą upamiętniającą akcję pierwszej sotni UPA zainstalowaną na elewacji włodzimierzeckiego muzeum krajoznawczego zgromadziła się władza i miejscowa społeczność.

Podsumowując – na przykładzie artykułu Serhija Rabienki, rekomendowanego przez Wołodymyra Wiatrowycza, wysokiego urzędnika państwa ukraińskiego, widać jak praktycznie realizowana jest wroga Polsce polityka historyczna państwa ukraińskiego, polityka budująca na niechęci do Polski i Polaków tożsamość obywateli tego państwa, których ok. 2 mln znalazło schronienie i pracę w Polsce. Musi to wzbudzać poważne zaniepokojenie.

 

DZIAŁ DOKUMENTACJI I ANALIZ REDUTY DOBREGO IMIENIA

Warszawa, 17.05.2017 r.

Oświadczenie RDI  Aneks do oświadczenia

Polski sąd proponuje posiedzenie wyjazdowe w Niemczech – po rozprawie „Nasze Matki, nasi Ojcowie”

Maj 16, 2017

Skoro czterech niemieckich świadków obawia się przyjazdu do Polski w celu złożenia zeznań w procesie przeciwko producentom filmu „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”, to polski sąd proponuje zorganizowanie posiedzenia wyjazdowego. W Niemczech.

W krakowskim sądzie odbyła się kolejna rozprawa przeciwko twórcom filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Proces za naruszenie dóbr osobistych z inicjatywy Reduty Dobrego Imienia wytoczył niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF 93-letni żołnierz Armii Krajowej, kpt. Zbigniew Radłowski, który ze względu na zły stan zdrowia nie mógł uczestniczyć w rozprawie.

Od miesięcy sprawa stoi w miejscu ze względu na brak możliwości przesłuchania czterech świadków – m.in. producentów filmu. Pan Radłowski skierował do sądu list, w którym ze względu na pogarszające się zdrowie, prosi o przyspieszenie postępowania – chciałby doczekać rozstrzygnięcia. W związku z tym prowadzący sprawę Sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie zaproponował stronom dwa rozwiązania: przesłuchanie świadków na terenie Niemiec podczas wyjazdowego posiedzenia sądu zgodnie z art. 17 Rozporządzenia Rady Europy lub wideokonferencję ze swobodą zadawania pytań. Do obu propozycji strona pozwana ma się ustosunkować w ciągu tygodnia.

Do tej pory przedstawiciele ZDF i niemiecki sąd wskazywali jedynie na możliwość zorganizowania wideokonferencji, ale pod warunkiem wcześniejszego przesłania pytań oraz braku możliwości zadawania pytań dodatkowych.

Podczas wczorajszej rozprawy na wniosek strony niemieckiej wyemitowano dwa filmy dokumentalne pokazywane na antenie ZDF, które miały zrównoważyć wymowę filmu „Nasze Matki, nasi Ojcowie”.

Działania prawne przeciwko producentom, czyli UFA Fiction oraz ZDF prowadzą mec. Jerzy Pasieka i mec. Monika Brzozowska z kancelarii Pasieka, Derlikowski, Brzozowska i Partnerzy.

Będziemy informować o dalszych postanowieniach.

Kolejna rozprawa przeciwko producentom serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie”

Maj 12, 2017

W poniedziałek, o godz. 10.00 w Sądzie Rejonowym w Krakowie odbędzie się kolejna rozprawa przeciwko producentom serialu „Nasze Matki, nasi Ojcowie”. Proces toczy się z inicjatywy Reduty Dobrego Imienia.

Proces przeciwko producentom serialu rozpoczął się 18 lipca 2016 r., wytoczył go ponad 90-letni żołnierz Armii Krajowej (AK) oraz Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej. Żołnierze AK nie zgadzają się na czynienie ich współwinnymi zbrodni na osobach narodowości żydowskiej. Żądają przeprosin w TVP oraz we wszystkich telewizjach, gdzie pojawił się film, a także złożenia 25 000 zł tytułem naruszenia dóbr osobistych. Film, mimo toczącego się postępowania, nadal znajduje się w ramówce niektórych stacji telewizyjnych.

Dotychczas zeznania w procesie złożył żołnierz AK Zbigniew Radłowski oraz prof. Bogdan Musiał, historyk specjalizujący się w badaniu dziejów Polski, Niemiec i Rosji w okresie II wojny światowej. Profesor był konsultantem historycznym filmu dokumentalnego i zgłaszał szereg uwag do jego scenariusza. Wycofał swoje nazwisko z konsultacji, gdy zobaczył jaki film ostatecznie został zrealizowany.

W trakcie rozprawy 15 maja, zaplanowane jest oglądanie filmu dokumentalnego, który był inspiracją do przygotowania serialu.

Działania prawne przeciwko producentom, czyli UFA Fiction oraz ZDF (II program niemieckiej telewizji) prowadzą mec. Jerzy Pasieka i mec. Monika Brzozowska z kancelarii Pasieka, Derlikowski, Brzozowska i Partnerzy.